Gry znów na celowniku

W Europie powraca dyskusja na temat zakazu rozpowszechniania brutalnych gier komputerowych. Temat jest ciekawy, bo tym razem inicjatorami są nie Roman Giertych i greckie ministerstwo oświaty, ale przedstawiciele krajów o znacznie bardziej liberalnym spojrzeniu na media i równocześnie większej tradycji jeśli chodzi o media cyfrowe - Niemcy i Holandia. Sprawy nie można więc sprowadzić do stwierdzenia, że jesteśmy zaściankiem, a cywilizowany Zachód gier się nie boi.

W marcu 2005 brałem w Poznaniu udział w konferencji na temat zagrożen płynących ze strony gier. Jednym z gości był Wilfried Schneider, rzecznik prasowy Federalnego Biura Kontroli Mediów Zagrażających Młodzieży z Niemiec, który pomimo zaawansowanego już dość wieku przyznał, że lubi czasem pograć w Counter Strike, a żaden z badanych przez jego biuro przypadków nie wykazał związków między grami a przemocą w świecie realnym. Opowiadał, że jego instytucja stoi głównie na straży kategorii wiekowych przyznawanych grom i interweniuje w przypadkach, gdy pojawią się informacje o niewłaściwym zaklasyfikowaniu konkretnego tytułu. Najbardziej brutalne gry dostępne są tylko osobom pełnoletnim, nie mogą być na szeroką skalę reklamowane, ale jednak - są dostępne. Skąd więc nagle taki zwrot?

Problem w dyskusji o brutalnych grach polega według mnie już nawet nie na tym, że ich przeciwnicy zapominają, że coraz częściej grają osoby dorosłe. Kluczową kwestią jest raczej to, że to dysputa ideologiczna - nie wierzcie występującym w telewizji spin-doctors, wpływu mediów na ludzi nie da się zmierzyć. Świata, w którym żyjemy nie sposób sprowadzić do kilku czynników - bo wtedy umkną tysiące innych. Przecież równolegle do konsumpcji nowych mediów rośnie też - strzelam - sprzedaż papieru toaletowego. Może to on jest winny upadkowi obyczajów? Istotą dyskusji jest więc indywidualne przekonanie, czy media mogą nami manipulować, czy przeciwnie: każdy dorosły ma swój rozum i z medialnym przekazem robi swoje. Nie jest przypadkiem, że temat zakazu sprzedaży gier powraca w skręcającej w prawą stronę Europie. Przedstawiciele konserwatywnej CDU Angeli Merkel, jak i coraz silniej ingerujący w życie swoich obywateli rząd niegdyś wyjątkowo liberalnej Holandii nie zdobyli nowych danych na temat wpływu gier na użytkowników. Po prostu inaczej interpretują starą wiedzę.

W obronie gier stanął m.in. “The Economist”. “Filmów się nie zakazuje, by uchronić przed nimi dzieci” - krzyczy nagłówek tekstu “Don’t shoot the messenger”, który zaczyna się od przypomnienia, że demonizowanie nowych zjawisk ma wielowiekową tradycję (pada m.in. przykład walca, który w początkach XIX wieku oskarżano o promowanie seksualnej rozwiązłości). Pojawia się też informacja, że dwie trzecie graczy to ludzie pełnoletni, a średni wiek gracza to 30 lat. Najbardziej interesujący jest jednak chyba fragment poświęcony Hillary Clinton. Była pani prezydentowa i być może przyszła pani prezydent, która niedawno jeszcze przewodziła anty-growej krucjacie w USA, zmieniła front. Autor tekstu w Economist żartuje, że zapewne dostała Nintendo Wii. Ja raczej łączyłbym to z uspójnieniem wizerunku w czasach, kiedy YouTube jest nie mniej istotnym elementem walki politycznej, niż spotkania z wyborcami. Pani Clinton dołącza do coraz liczniejszej grupy polityków stawiających na internet, zapewne nie chce więc “płoszyć” licznej grupy internautów, którzy lubią grać.

W międzyczasie branża gier robi swoje. Sukcesy święci Nintendo, firma która swój wizerunek opiera na tworzeniu gier przyjaznych dzieciom. Choć analitycy rynkowi wieszczyli, że nowe produkty “Wielkiego N” zostaną zmiażdżone przez oferujące znacznie doskonalszą technologię konsole Microsoftu i Sony, rodzinne zabawki Nintendo cieszą się takim powodzeniem, że firma wyraźnie wychodzi z dołka. Stawiająca na ruch i udział całej rodziny (czyli elementy, które od dobrych 20 lat z grami wideo już się nie kojarzą) konsola Wii zbiera znacznie lepsze recenzje, niż wyrafinowane technologicznie PlayStation 3. A najszybciej sprzedającą się konsolą w Europie okazało się być przenośne Nintendo DS. Konsolka, którą wypromowały tytuły takie jak Ninendogs (tamagotchi ze szczeniakami) i firmowana nazwiskiem przez japońskiego profesora Kawashimę seria łamigłówek, mających podobno zwiększać możliwości ludzkiego mózgu. Może więc nie trzeba chronić konsumentów przed ich własnymi decyzjami - jak widać nieźle radzą sobie sami.

Tekst objęty licencją Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska,
Autor: Mirosław Filiciak
Źródło: Gry znów na celowniku
blog Kultura 2.0


Więcej aktualności